Praca do upadłego

Pojawienie się coronavirusa to problem nie tylko zdrowotny, ale i ekonomiczny. Widać wyraźnie, że brytyjski system zasiłków chorobowych jest drastycznie niewystarczający, a to wraz z innymi uwarunkowaniami miejscowej ekonomii sprzyjać będzie rozwojowi epidemii i narazi zdrowie i życie wielu obywateli UK. Pojawiły się głosy wzywające do zdecydowanych działań rządowych teraz, a w perspektywie - do reformy tego układu.
Wiadomo, że dopóki na wirusa nie ma szczepionki ani lekarstwa, jedynym co można robić, jest gra na czas. Spowolnienie jego rozprzestrzeniania się, zabepieczenie maksymalnie dużej części populacji. A do tego jedyną drogą jest izolacja. Zminimalizowanie podróży, czy też w ogóle przemieszczania się, rezygnacja z masowych imprez, zamknięcie wszelkich punktów zgromadzeń: szkół, centrów handlowych itd. Pozostawienie na posterunku tego, co działać musi.

W niektórych krajach, na czele z Chinami wykonuje się podobne kroki. Tutaj – póki co takie posunięcia odkłada się na później. Dr Tedros Adhanom Ghebreyesus z The World Health Organisation stwierdził, że martwi się krajami, które nie wykazują wystarczającego „politycznego zaangażowania” odpowiadającego zagrożeniu i że teraz jest czas, aby użyć wszelkich możliwych środków, aby powstrzymać dalsze rozprzestrzenianie się wirusa.

Niestety, na przeszkodzie stoi system. Każdy musi komuś za coś płacić. Działa czy nie działa, pracuje czy nie pracuje. Firmy muszą płacić pracownikom i dostawcom. Pracownicy muszą chodzić do pracy, samą obawą się nie usprawiedliwią – i muszą z czegoś żyć. Jedni i drudzy muszą płacić podatki. Tutaj, nawet jak nic nie robią – bo istnieje council tax i business rates. Wszyscy muszą płacić za prąd, gaz, wodę i często czynsz (albo mortgage). Szkoły nie chcą spóźnić się z programem. Itd.
Tylko nikt nie pomyśli o tym, że jeżeli społeczeństwo w znacznej części położy się do łóżka, to nie będzie dla kogo trzymać otwartych sklepów, czy firm usługowych... jeżeli nawet będzie miał kto w nich pracować.
Zaś dzieci nie zarażają tylko siebie, ale też swoich rodziców czy też dziadków, którzy mogą już ich nie przyprowadzić do szkoły...

Chorobowe „na waciki”

W Zjednoczonym Królestwie występuje jeszcze inny problem – niewystarczające statutowe chorobowe. Tzw.  Statutory Sick Pay wynosi £94.25 na tydzień i wypłacane jest zasadniczo do 28 tygodni od czwartego dnia choroby. Taka kwota starcza... no właśnie. Na przysłowiowe „waciki”?

Owszem, można posiadać tzw. income protection, ale to przywilej tych, których na to stać.
Rząd Borisa Johnsona zdobył się w obliczu koronawirusa na gest i stwierdził, że zasiłek będzie wypłacany w obecnej sytuacji od pierwszego dnia. Ale to wciąż grosze, które nie wystarczają na podstawowe opłaty (czynsz!), nie mówiąc o jedzeniu, lekarstwach itd. Obecnie, jak dowodzi badanie YouGov, 48% zatrudnonych nie będzie w stanie pokryć postawowych rachunków. Dalsze 27% da radę, ale dokonując znaczących cięć.

Proponuje się więc ofiarom wirusa, aby aplikowały o Universal Credit – czyli kaleką wersję dotychczasowych Tax Credits. Sam system aplikacji jest dużo bardziej uciążliwy (w sam raz dla chorych, nie mogących oddychać), a wysokość wypłat i ich terminowość pozostawiają wiele do życzenia.

Okazuje się więc, że możliwość samo-izolacji, pozostania w domu, to luksus nie dla każdego. Czy też raczej – w ogóle chorobowe jest nie dla każdego. Jednak co jest gorsze, to fakt, że za osoby, które muszą pracować do upadłego, płacić będą inni. Swoim zdrowiem albo i życiem.

Ocenia się, że w szczycie zachorowań jeden na pięciu zatrudnionych Brytyjczyków pozostanie w domu. Tymczasem według innych obliczeń, ok. 2 milionów osób nie stać na „samo-izolację”. Dwa tygodnie pozostawania bez pracy nie dają im możliwości utrzymania się. Jeżeli nawet mają prawo do SSP, to otrzymają mniej niż 200 funtów na wszystkie swoje – i swojej rodziny – potrzeby.
Ale – może być gorzej. Trzeba bowiem zarabiać £118 tygodniowo przez osiem tygodni wcześniej, aby kwalifikować się do chorobowego. A niektórzy np. zajmują się dziećmi i pracują na pół etatu lub mają inne okoliczności życiowe, które powodują, że zarabiają mniej. Ci, którzy pracują dorywczo, na odpowiedniku tutejszych „śmieciówek”, nie mogą liczyć na nic.

Dać ludziom pełną płacę!

Nie trzeba było długo czekać, aby sprawę zauważyły związki zawodowe. Sekretarz Generalny TUC Frances O’Grady domaga się od rządum aby ten natychmiastowo zabrał się za reformę, który zapewni wszystkim pracownikom uczciwy przychód na chorobowym. Konkretnie, ma to być poziom Real Living Wage. Do tego powinien powstać fundusz, który pomoże pracodawcom uporać się z dodatkowymi wydatkami, w tym wypłatami dla pracowników, którym aktualnie one nie przysługują. A jest to 34% zatrudnionych na kontraktach zero-hours, jedna na dziesięć kobiet, ponad jedna piata tych w wieku 18-24 i ponad jedna czwarta tych powyżej 65 roku życia.

- Rząd powinen przestać się usprawiedliwiać i dokonać reformy natychmiast – mówi Frances O'Grady. - Pracujące rodziny muszą mieć zapewnione bezpieczeństwo. Będzie to jednocześnie sprzyjać utrzymaniu zdrowia społeczeństwa. A pracodawcy powinni już teraz obiecać pracownikom, że dostaną pełną płacę, jeżeli zostaną zmuszeni do samo-izolacji.

Sekretarz gabinetu cieni John McDonnell domaga się również, aby ci na zasiłkach nic nie tracili, jeżeli nie pojawią się na wyznaczonych im spotkaniach. A tak mają np. bezrobotni w UK (jak i w Polsce).

Rząd niby obiecał, że zasiłki będą wypłacane od pierwszego dnia nieobecności z powodu choroby, jednak wkrótce zrobił coś, co może zneutralizował tę obietnicę. A mianowicie zdecydowano ostatnio, że chorzy będą testowani na koronawirusa dopiero w szpitalu. Tam zaś trafią (jeżeli w ogóle) dopiero z poważnymi objawami. Ci mniej poszkodowani mają po prostu pozostać w domach. Który pracodawca wypłaci zaś zasiłek komuś, kto siedzi w domu, bo po lekkich na razie symptomach wydaje mu się, że może być chory na koronawirusa?

System brytyjski jest skostniały (choć w innych obszarach wciąż szczodry), ale w Polsce mamy inne problemy. Chorobowe może nie tak dalekie od miesięcznej płacy, a co za tym idzie bliższe kosztom życia, jednak bezwzględne uwarunkowania prawne niektórym też nie pozwalają nie pracować. I nie chodzi tu tylko o tych na „umowach śmieciowych”.
W jednej z czołowych gazet krajowych przytoczono ostatnio wyznanie właścicielki niewielkiego biura księgowego. Problemem tutaj jest już kiedy jedna z osób pójdzie na chorobowe. Ale nie jest problemem najgorszym, temu jakoś da się zaradzić. Nawet kiedy wszystkie osoby byłyby chore i trzeba było im wypłacić chorobowe. Nie da się jednak obejść wymagań ZUS i skarbówki, które wymagają dokonania pewnych czynności do danego dnia miesiąca i koniec – usprawiedliwienia nie ma. Klienci owego biura – i i innych podobnych – za to płacą i nie mogą zostać zawiedzeni. Pół biedy z nimi, ale skarbówka i ZUS zrobią swoje, nawet pastwiąc się nad umierającym...

Do tego - połowa płacących ZUS ma poślizgi w terminach. Bywa że z własnej winy, ale też z powodu opóźnionych wpływów. Z mocy przepisów nie przysługuje im chorobowe, choć składki mają opłacone z odsetkami.

Słowem – nie ma litości. Trzeba czekać jak będzie gorzej.  
Comment Box is loading comments...
AKTUALNE                 
Żerują na wiernych

Nadzieja, że zniżki za bezszkodową jazdę obniżą koszt naszego ubezpieczenia może okazać się płonna. Ostatnio również oficjalne brytyjskie instytucje chroniące prawa konsumentów odkryły, że na tym rynku wcale nie opłaca się być wiernym klientem.

W imię wartości

Puby sieci Samuel Smith's na terenie Greater Manchester i w okolicy zabraniają swoim klientom korzystać z telefonów komórkowych. Właścicielowi zależy na pielęgnowaniu tradycyjnych wartości.

Do Polski zabierają sofę

Coraz więcej Polaków decyduje się na powrót z emigracji. Firmy przeprowadzkowe notują wyraźny wzrost zleceń. 70% pochodzi z UK i z Niemiec.

Polak dostanie 37 000

Nasz współobywatel, któremu groziła deportacja z powodu bezdomności, otrzyma od brytyjskiego rządu £37 000 tytułem odszkodowania. Antoni Hołownia był bezprawnie przetrzymywany przez podnad 150 dni  w Brook House Immigration Removal Centre (IRC). To nie jedyny obywatel polski, który otrzyma odszkodowanie.

Analfabetyzm w Wielkiej Brytanii
Raporty z różnorakich badań dotyczących umiejętności czytania i pisania pośród obywateli UK są alarmujące. Aczkolwiek te twierdzące, że jeden na 5 to analfabeta są z pewnością przesadzone, to już mówiące, że jeden na dziesięciu ma problemy – są bliższe prawdy.

REKLAMA

Stwórz darmową stronę używając Yola.